Moja wielka włoska uczta

Początkowo planowaliśmy narty w Austrii. Mieliśmy już nawet zarezerwowany hotel, ale kilka osób doradzało nam Włochy. Mówili że będzie lepsze jedzenie, jazda na nartach w słońcu w słynnej Val di Sole czyli Dolinie Słońca, oraz urzekający charakterystyczny włoski temperament i gościnność. Mimo iż oznaczało to dwie godziny dłużej w podróży, zmieniliśmy rezerwację. To by strzał w dziesiątkę, bo wszystko się potwierdziło. Bajeczne jedzenie, szusowanie w słońcu i fantastyczni ludzie. Nocowaliśmy w małym hotelu, zaprzyjaźniliśmy się z właścicielami, mieliśmy okazję porozmawiać o kuchni, winie i radości życia której od Włochów warto się uczyć.

Podróż trwała trzynaście godzin. Obawiałam się jej bardzo ponieważ kiedy jeszcze jako nastolatka jechałam autokarem na wakacje do Włoch, a potem do Chorwacji, to po powrocie z Chorwacji powiedziałam sobie ....... nigdy więcej. Obwiałam się jak dzieci zniosą tę długą podróż i jak wstaną w nocy przed wyjazdem. Niepotrzebnie. Dzieci wstały bez problemu, w podróży w większości spały, a po wjeździe do Włoch siedziały z nosem w szybie zachwycając się długimi wykutymi w skałach tunelami, obrośniętymi winogronowymi sadami zboczami Trentino, oraz zapierającymi dech w piersiach widokami. Przyroda jest zachwycająca i musimy zobaczyć to wszystko raz jeszcze ale wiosną, latem lub jesienią czyli wtedy kiedy będzie zielono. Taki mam plan, jeszcze na ten rok ;)
Zdradzę Wam, że do Włoch wybiorę się jeszcze dwa razy w tym roku ....... służbowo, zawodowo. Póki co nie zdradzę w jakim celu, ale śledźcie mnie, a się dowiecie ;).

Włoska kuchnia jest genialna i chyba nikogo nie trzeba do tego przekonywać. To co mnie urzekło, to niesamowity szacunek do tradycji, szacunek do produktu i potrawy. W restauracji na samym szczycie góry zjecie robioną ręcznie pizzę wypiekaną w prawdziwym opalanym drewnem piecu (pokazywałam Wam cały proces na instastory).
Z najwyższej jakości składników. Z genialną szynką parmeńską, prawdziwą mozzarellą, sosem pomidorowym i świeżą rukolą. Nie z mrożonki, nie z produktem seropodobnym czy szynką tyko z nazwy. Do tego wykonane z należytą starannością desery. Panna cotta, strudel jabłkowy, tiramisu, musy czekoladowe. Możecie zjeść też lazanię, różnego rodzaju pasty (makarony), krem z pomidorów, ravioli, gnocchi, zamówić deskę antipasti składającą się z lokalnych serów, wędlin, kaparów czy innych smakołyków. Wszystko świeżutkie, pachnące, z doskonałych składników podane z uśmiechem, życzliwością. To mnie urzekło i skradło moje serce.

We Włoszech na nartach spędza się cały dzień. My wyjeżdżaliśmy o 9 rano ski busem. Na stoku byliśmy o 9:20. Jeździliśmy do 16:30 czyli do oporu. Tu nie ma nocnych jazd ponieważ trasy są tak długie i tak wysoko, że nie byłoby możliwości oświetlenia takiej powierzchni. Śniadanie i kolację jedliśmy w hotelu. Obiad na stoku. Jeździliśmy w ośrodku Marilleva, Folgarida, Madonna di Campiglio oraz Pinzolo.
Startowaliśmy codziennie z samego dołu. Z Marilleva 900 (na mapie na samym dole lekko na prawo). Byliśmy na Passo Groste (na mapie na samej górze lekko po lewo) i innych szczytach na samej górze.
Zjeździliśmy całe te góry ;)


Na przykład dojazd z Folgaridy do Pinzolo na nartach,  trasy + wyciągi zajmuje w sumie 2 godziny ;) Tu nie możesz sobie po prostu jak w Polsce zjechać wyciągiem na dół i zjeść, a wiecie, jak człowiek jest głodny zje wszystko, zwłaszcza na stoku gdzie nie ma wyjścia. To mogłoby rodzić pokusy podania głodnemu człowiekowi byle czego bo i tak głodny. Włoch tego nie zrobi. Włoch szanuje turystę. Szanuje swoją kuchnię, produkt i tradycję. Do tego jest zawsze uśmiechnięty i cieszy się życiem. Tym byłam oczarowana. Ogromnie to doceniam .

To co widzicie poniżej to mój obiad z restauracji na szczycie Passo Groste. W sumie ok. 1500 kcal. Sam obiad!
Jeżdżąc na nartach, ale tak uczciwie, na czerwonych trasach spala się ok. 360 kcal na godzinę licząc pracę mięśni + energię potrzebną na utrzymanie temperatury ciała bo jest zimno. Na stoku spędzaliśmy 7 godzin z czego można powiedzieć 6 na nartach. To daje nam 2980 spalonych kalorii dziennie!!!! Jest z czym poszaleć? Jest! I szalałam. Codziennie mega wielki obiad z deserem. Kolacja z deserem, dwudaniowa jak to we Włoszech. Do tego bombardino z bitą śmietaną na stoku. Szał. Nie przytyłam nawet grama, ba ...... schudłam kilogram ;) Jak stanęłam w domu na wagę, myślałam że spadnę. Jadłam ogromne ilości. Mega ilości pizzy, makaronu, parmezanu. Kocham narty, ilość spalanych na nich kalorii i włoską kuchnię. To idealne połączenie.  

Jeśli lubicie jeździć na nartach, jeździcie szybko i uczciwie, a do tego kochacie włoską kuchnię i kochacie jeść, taki wyjazd jest dla Was.

Bombardino serwowane na stoku ;) Bajka ;)

Poniżej kilka fotek z Trydentu. Nie mam zbyt wielu zdjęć ponieważ skupialiśmy się głównie na nartach, ale podczas kolejnych moich włoskich podróży zdjęć będzie więcej. 

Tiramisu na szczycie góry w Pinzolo ;)

Kochani a to moje wielkie włoskie zakupy. Przywieźliśmy sporo, choć gdyby samochód pozwolił, wzięlibyśmy więcej.
Kupiliśmy w sumie 6 litrów oliwy, w tym 2 oliwy niefiltrowanej (przepyszna). 4 kilogramy kawy którą polecałyście mi na Instagramie. Włoskie pesto. Zawsze mi się wydawało, że moje pesto jest najlepsze, i że żadne kupne nie jest dobre. Myliłam się. To które kupiłam jest przepyszne. 
Kupiliśmy też oliwki, karczochy, marynowane małe brzoskwinie, czerwone pesto, parmezan, suszone pomidory,małe jabłuszka w 40%, Bombardino (kochane, w domu też smakuje)  i wiele innych smakołyków.

 




Copyright 2019 Qchenne-inspiracje.pl

All rights Reserved