
We wrześniu tego roku, sieć sklepów Lidl we współpracy z agencją INGO Stockholm zrobiła w Szwecji nietypową akcję promocyjną.
Otwarto luksusową restaurację o nazwie Dill, zatrudniono profesjonalny personel, a stworzenie dań i prowadzenie restauracji powierzono samemu Michaelowi Wignallowi, słynnemu brytyjskiemu szefowi kuchni.
Cóż w tym nadzwyczajnego ?
Michael Wignall, oraz jego zespół serwował 9 wykwintnych potraw przygotowanych z produktów pochodzących z Lidla, o czym goście restauracji nie mieli pojęcia. Nie wiedzieli też, do kogo Dill należy.
Genialne dania sprzedawane po bardzo atrakcyjnych cenach, bardzo przypadły Szwedom do gustu.
Lokal zebrał doskonałe recenzje i zyskał ogromną popularność.
Stworzoną na potrzeby eksperymentu restaurację, zamknięto po 3 tygodniach. Ta nietypowa akcja promocyjna miała na celu udowodnienie, że dobre jedzenie wcale nie musi drogo kosztować, ale przede wszystkim miała na celu przekonanie Szwedów do produktów z tej sieci.
Lidl w krajach skandynawskich nie jest dobrze postrzegany, a klienci aspirujący do tzw. „klasy wyższej” raczej zakupów tam nie robią.
Sprawa wywołała społeczne poruszenie.
Czy słusznie? Co mówi ten eksperyment o nas samych ?
Eksperyment oceniam bardzo dobrze. Świetny pomysł na kampanię.
Pokazuje, że ludzie często uprzedzają się do rzeczy, których nie znają i oceniają je nie dając sobie szansy ich poznania.
Moim zdaniem bardziej niż na logo producenta, czy logo sieci handlowej należy patrzeć na skład produktu.
I tak jak nie oceniam ludzi po wyglądzie, tak nie oceniam produktu po nazwie producenta. Każdemu może trafić się bubel. Zawsze czytam skład.
Głośna nie tak dawno w blogosferze afera dotycząca wykonanego przez jednego z blogerów testu gotowego tatara, jest tego doskonałym przykładem. Bloger obnażył jakość produktu znanego producenta z silną pozycją na rynku.
Nie uważam, że robieni zakupów w Lidlu czy innej sieciówce to obciach. Do Lidla wpadam po limonki, awokado,imbir w korzeniu, szynkę parmeńską i świeżego łososia. Czasem inny produkt wpadnie mi w oko.Ale o tym czy dany produkt wyląduje w moim koszyku decyduje skład tego produktu, a nie to, czy jest z sieciówki, czy ma na opakowaniu logo znanego producenta.
Co sądzicie o tym eksperymencie i w ogóle o produktach z sieciówek ?
Lidl i obciach?
Biedronka i obciach?
Wydaje mi się, że taki banały już dawno odeszły do lamusa. To nie wstyd kupować dobre produkty w niższych cenach, zamiast snobistycznie lansować się w almie, nie umniejszając oczywiście temu sklepowi, ani nie generalizując:))
Niestety dzikiego łososia spotkałam tylko w wersji zamrożonej :(
A eksperyment bardzo mi przypadł do gustu. Nie dyskryminuję z góry produktów z Lidla, ale zastanawiam się tylko czy czasami nie zadziałał tutaj w pewnej mierze syndrom dobrej restauracji. To znaczy założenie z góry, że świetny kucharz zapewnia klientom najwyższej jakości produkty. I sam ten fakt wpłynął na odczucia smakowe gości restauracji. I drugi element - umiejętności kucharza. Zapewne obie te sprawy miały spory pozytywny wpływ na odbiór klientów. Ale podsumowując, bardzo ciekawy eksperyment mówiący wiele produktach, gotowaniu i ludziach:)
Ludzie tam szli bo gotował znany szef kuchni a jedzenie nie było drogie. Ot cały sekret.
Ale eksperyment świetny.
Fajnie to napisałaś.
ja tylko w sieciówkach robie zakupy, ze względu na oszczędność czasu i pieniedzy
Aga
Do dzisiaj sie z tego smieje :)